Mały blog może stać się biznesem online. Nie potrzebuję do tego tysięcy odsłon dziennie ani wiralowych postów, tylko planu, który dowozi wynik.
Największy błąd? Pisanie dla wszystkich i liczenie, że jakoś to będzie. Ja wybieram konkretną niszę, bo wtedy łatwiej trafić w prawdziwy problem czytelnika, a nie w ogólne inspiracje. Potem robię proste rzeczy: tworzę treści, które odpowiadają na pytania, dają rozwiązania i prowadzą do jednego, jasnego kroku dalej.
W tym tekście pokażę ścieżkę od pisania do stabilnych przychodów. Bez obietnic szybko i łatwo, za to z fundamentami, które naprawdę działają: konkretna nisza, rozwiązywanie problemów czytelników, prosta oferta (produkt, usługa albo konsultacja), system pozyskiwania ruchu (SEO, newsletter, social, ale z priorytetami), oraz podstawy analityki, żebym wiedział, co rośnie, a co tylko zajmuje czas.
Ten plan jest dla blogerów, którzy mają mało czasu i chcą przewidywalnych efektów, krok po kroku.
Wybieram niszę, która ma sens finansowy i daje mi temat na lata!
Nie wybieram niszy bo fajna. Wybieram ją jak przedsiębiorca, bo blog ma zarabiać. Ma też dawać mi paliwo na długą trasę, a nie na dwa wpisy i wypalenie. Dlatego zanim napiszę serię artykułów, robię szybki test: czy jest popyt, czy ludzie mają ból, i czy są gotowi płacić za ulgę.
To proste: lubię pisać to za mało. Liczy się ktoś tego potrzebuje. I jeszcze jedno, ktoś za to płaci.
Sprawdzam, czy temat ma popyt i czy ludzie chcą za rozwiązanie zapłacić?
Zaczynam od sygnałów, które widać gołym okiem. Bez analiz na trzy dni. Szukam miejsc, gdzie ludzie już teraz zadają pytania i szukają rozwiązań.
Oto moje szybkie „radary” popytu:
- Wpisuję frazy w Google i patrzę na podpowiedzi (autosuggest) oraz sekcję „Ludzie pytają też”. Jeśli pytania są konkretne, to znaczy, że problem żyje.
- Przeglądam grupy na Facebooku. Liczy się nie liczba członków, tylko liczba postów typu „pomocy”, „co wybrać”, „jak zacząć”.
- Sprawdzam fora i komentarze pod filmami na YouTube. Komentarze to często gotowe nagłówki wpisów.
- Wchodzę na marketplace z kursami (np. Udemy) i patrzę, czy ktoś sprzedaje kursy w temacie i czy mają opinie. Opinie mówią, za co ludzie chwalą i na co narzekają.
- Przeglądam oferty usług w branży (np. na Useme, Fiverr, OLX, lokalne strony). Jeśli są usługi i cenniki, to pieniądz krąży.
Potem robię mini proces, max 30 minut. Szybko i bez kombinowania:
- Wybieram 3 główne frazy (np. „budżet domowy”, „plan treningowy”, „meble z palet”).
- Zbieram 20 pytań odbiorców z Google, grup, forów i komentarzy.
- Dopisuję do każdego pytania: „czy to temat na wpis”, „czy to temat na produkt/usługę”, „jakie są alternatywy, za które ludzie już płacą”.
- Wyciągam wnioski: czy to jest ból pilny, czy ciekawostka na wieczór.
Jeśli widzę dużo pytań:
- jak,
- ile kosztuje,
- co wybrać,
- czy warto”, to mam trop!
Łączę to, co umiem, z tym, czego szuka czytelnik, i tworzę jasną obietnicę bloga.
Kiedy mam potwierdzony popyt, spinam go z tym, co dowożę. Nie muszę być guru. Mam być o krok przed czytelnikiem i mieć metodę. Potem zapisuję obietnicę bloga w jednym zdaniu. Prosto:
„Pomagam [komu] rozwiązać [jaki problem], żeby osiągnąć [jaki efekt].”
Kilka przykładów, żebyś poczuł, o co chodzi:
- Finanse osobiste: „Pomagam młodym rodzinom ogarnąć budżet domowy, żeby co miesiąc odkładać bez stresu.”
- Dieta: „Pomagam zapracowanym osobom jeść prościej, żeby schudnąć bez liczenia każdej kalorii.”
- DIY: „Pomagam początkującym robić meble do mieszkania, żeby urządzić je taniej i bez fuszerki.”
- Produktywność: „Pomagam freelancerom planować tydzień, żeby kończyć projekty na czas i mieć wolne wieczory.”
Różnicowanie? Nie wymyślam kosmosu. Wybieram jeden wyróżnik i trzymam się go konsekwentnie:
- Wąska grupa: dla zapracowanych, dla początkujących, dla mam po 30.
- Metoda: system 15 minut dziennie, plan na 4 tygodnie, „bez sprzętu.
- Perspektywa: tanie rozwiązania, minimalizm, bez presji.
Ustalam granice niszy, żebym nie pisał o wszystkim i nie gubił czytelnika.
Nisza bez granic zamienia blog w śmietnik tematów. A wtedy czytelnik nie wie, po co wracać. Ja ustawiam ramy i porządkuję treści w 3 filary. To mi daje spójność i pomaga w SEO.
Najczęściej działają takie filary:
- Podstawy: definicje, błędy, od czego zacząć, minimum teorii.
- Krok po kroku: konkretne plany, checklisty, scenariusze.
- Narzędzia i wybory: porównania, recenzje, co kupić, czego unikać.
Potem pilnuję jednej zasady: każdy tekst ma prowadzić do następnego kroku. Nie zawsze od razu do sprzedaży, ale do ruchu w dobrą stronę, na przykład:
- zapis na newsletter,
- pobranie darmowego materiału,
- zakup produktu,
- konsultacja.
Na koniec, pamiętam o sezonowości. Nie walczę z nią, tylko ją wykorzystuję. Jeśli temat ma górki (styczeń, wakacje, wrzesień), publikuję treści wcześniej i buduję ruch zanim inni się obudzą. Dzięki temu blog pracuje, nawet kiedy ja robię swoje.
Buduję treści, które ściągają ruch z Google i zamieniają czytelników w subskrybentów!
Tu nie chodzi o pisanie ładnie. Chodzi o pisanie tak, żeby Google wiedział, o czym jest tekst, a czytelnik wiedział, co ma zrobić dalej.
Od pierwszego dnia traktuję blog jak prosty system: temat z właściwą intencją, czytelna struktura, konkretne odpowiedzi, a na końcu zapis na newsletter. Mały blog nie wygra ilością. Wygra precyzją, tempem publikacji i tym, że trafia w sedno.
Dobieram tematy pod intencję, informacyjne na start, a potem te bliżej zakupu…
Intencja to powód, dla którego ktoś wpisuje frazę w Google. Jeśli dam nie ten typ treści, co trzeba, przegram, nawet gdy tekst będzie długi i mądry.
Widzę trzy główne typy:
- Intencja informacyjna (chcę zrozumieć, ogarnąć podstawy): frazy typu
jak,co to,od czego zacząć.
Przykłady: „jak zacząć newsletter”, „co to jest SEO”, „jak pisać nagłówki H2″.
Treści: poradniki krok po kroku, definicje, proste checklisty, mini przewodniki dla początkujących. - Intencja porównawcza (chcę wybrać, zawęzić opcje): frazy typu
vs,ranking,opinie,co lepsze.
Przykłady: „MailerLite vs ConvertKit”, „najlepsze wtyczki SEO WordPress”, „Ahrefs czy Semrush”.
Treści: porównania, tabelki, scenariusze „dla kogo co”, plus jasny werdykt i kryteria. - Intencja transakcyjna (chcę kupić albo kliknąć w konkretną ofertę): frazy typu
cena,kup,kod rabatowy,recenzja,alternatywa.
Przykłady: „MailerLite cennik”, „Surfer SEO opinie”, „najlepszy hosting WordPress 2026″.
Treści: recenzje, strony „polecane narzędzia”, zestawienia z rekomendacją i jasnym CTA.
Jeśli mały blog ma wygrywać, musi pisać o tym, co ludzie wpisują w Google, a nie o tym, na co akurat mam nastrój.
Prosty plan na pierwsze 12 tekstów, który u mnie działa i układa ścieżkę od „nie wiem” do „wybieram i kupuję”:
- 6 podstaw (informacyjne): definicje, start, pierwsze kroki, typowe błędy.
- 4 porównania (porównawcze): „A vs B”, „co wybrać”, „ranking dla początkujących”.
- 2 strony „narzędzia/polecane” (transakcyjne): jedna ogólna (np. „narzędzia do bloga”), jedna wąska (np. „narzędzia do newslettera”).
Nie potrzebuję 100 artykułów. Potrzebuję 12, które tworzą sensowną drabinę. Czytelnik wchodzi po szczeblach, a ja zbieram mail i buduję zaufanie.
Piszę tak, żeby czytelnik nie musiał się domyślać, a Google rozumiał temat.
Mam jeden szablon wpisu. Trzymam się go, bo działa i dla ludzi, i dla algorytmów. Najpierw klarowność, potem ozdobniki (jeśli w ogóle).
Moja struktura wygląda tak:
- Problem: nazywam go wprost, bez lania wody.
- Dla kogo: komu ten tekst pomoże, a komu nie (to filtr jakości).
- Kroki: konkretna sekwencja działań, bez przeskoków.
- Przykłady: pokazuję, jak to wygląda w praktyce, na prostym case.
- Błędy: co ludzi wykoleja najczęściej i jak tego uniknąć.
- Podsumowanie: 3 do 5 zdań, co zrobić dziś.
- FAQ: krótkie odpowiedzi na pytania z „Ludzie pytają też”.
Do tego dokładam E-E-A-T, ale bez napinki i bez marketingowych haseł. Po prostu:
- Pokazuję doświadczenie: piszę, co zrobiłem, co nie wyszło i co poprawiłem.
- Podaję źródła, gdy trzeba: szczególnie przy danych i faktach, nie przy opiniach.
- Aktualizuję treści: gdy narzędzie zmienia cennik, gdy Google zmienia zasady, gdy widzę spadki.
- Opisuję własne testy: nawet małe, typu „sprawdziłem 3 nagłówki i ten wygrał”.
Dbam też o czytelność, bo Google coraz lepiej „widzi”, czy tekst pomaga:
- Krótkie akapity, 1 do 3 zdania.
- Listy tylko tam, gdzie to naprawdę porządkuje temat.
- Pod każdym nagłówkiem H2 daję jedno zdanie streszczenia, takie „co dostaniesz w tej części”.
Efekt? Czytelnik nie błądzi. Google łapie kontekst. A ja mam większą szansę na stabilny ruch.
Zbieram maile, bo to mój największy aktywny kanał!
SEO jest świetne, ale działa jak kran, który ktoś inny może przykręcić. Newsletter to mój kanał, w którym mam bezpośredni kontakt. Bez zasięgów, bez proszenia się o uwagę.
Dlatego od pierwszego tekstu dokładam prosty lead magnet. Bez wielkiej produkcji. Ma być szybki efekt.
Najprostsze formy, które robię najczęściej:
- Checklista: „SEO artykułu przed publikacją” (krótko, konkretnie).
- Mini poradnik: 7 stron PDF, jak zacząć i nie utknąć.
- Szablon: plan wpisu, plan 12 tematów, szablon nagłówków.
Daję zapis w dwóch miejscach, bo ludzie czytają różnie:
- W treści, po pierwszym mocnym fragmencie (gdy jest „aha, to ma sens”).
- Na końcu, po podsumowaniu (gdy ktoś już mi ufa).
Potem ustawiam prostą sekwencję 5 maili. Ma prowadzić od „miło Cię poznać” do „chcę iść dalej”:
- Powitanie: kim jestem, czego mogą się spodziewać, co dostaną.
- Szybki efekt: jedno małe zwycięstwo do wdrożenia dziś.
- Historia: krótko, jak ja to ogarnąłem i gdzie prawie poległem.
- Najczęstsze błędy: 5 min lektury, oszczędza 5 godzin błądzenia.
- Oferta lub rozmowa: produkt, konsultacja, albo pytanie zwrotne, co blokuje.
Ruch z Google buduje zasięg, ale mail buduje relację. A relacja sprzedaje, nawet gdy mam mało odsłon.
Wybieram model zarabiania i składam pierwszą ofertę, nawet jeśli mam mały ruch.
Mały ruch nie jest wymówką. To filtr. Jeśli potrafię zarobić przy małej liczbie czytelników, to później, przy większej, skala robi swoje. Dlatego nie czekam na „idealny moment”. Wybieram jedną ścieżkę monetyzacji na start, składam prostą ofertę i sprawdzam, czy rynek reaguje.
Moje kryteria wyboru są brutalnie praktyczne: dopasowanie do niszy, czas dowiezienia efektu, próg wejścia (ile muszę zrobić, zanim coś sprzedam) i to, czy nie psuję zaufania. W skrócie: najpierw sens, potem ambicje.
Najprostsze źródła przychodu: afiliacja, reklamy, współprace, ale z głową!
To są klasyki, jednak mały blog musi je robić mądrze, bo każde potknięcie boli mocniej. Zaufanie buduje się długo, a traci w jednym wpisie.
Afiliacja jest świetna, bo mogę zacząć szybko i bez własnego produktu. Minusy? Jeśli polecam „byle co”, to mam krótką radość i długą stratę. Trzymam więc prostą zasadę: polecam tylko to, co znam, testowałem, albo realnie porównałem. Do tego wybieram produkty, które naturalnie pasują do treści, na przykład narzędzie do newslettera w artykule o newsletterze, a nie w luźnym wpisie „o motywacji”.
Współprace dają wyższe stawki, ale wymagają dojrzałości. Mały blog może być atrakcyjny, jeśli ma konkretną grupę i jasny temat. Minus jest prosty: łatwo zrobić z bloga słup reklamowy. Dlatego trzymam się dopasowania, a w briefie pilnuję konkretów (zakres, terminy, zasady poprawek, oznaczenia).
Reklamy display kuszą, bo „same się klikają”. Tylko że przy małym ruchu często zarobią grosze, a potrafią rozwalić doświadczenie czytania. Reklamy mają sens, gdy mam już stabilny ruch i szybki serwis, a reklamy nie zasłaniają treści. Jeśli strona ładuje się jak ślimak, a na mobile wyskakuje wszystko naraz, to ja sam bym uciekł. Czytelnik też ucieknie.
Na koniec, u mnie standardem są transparentne oznaczenia. Wpis sponsorowany to wpis sponsorowany. Link afiliacyjny to link afiliacyjny. Prosto.
Zasada, której pilnuję: jeśli wstydziłbym się polecić tego znajomemu, to nie polecam tego na blogu.
Usługa lub konsultacja to najszybsza droga do pierwszych realnych pieniędzy!
Jeśli chcę pierwszych konkretnych pieniędzy, idę w usługę. Dlaczego? Bo sprzedaję czas i kompetencje, a nie zasięg. Nawet przy małym ruchu mogę mieć klienta, jeśli rozwiązuję konkretny problem.
Jak „pakuję” wiedzę w usługę? Biorę to, co i tak tłumaczę w artykułach, i zamieniam w ofertę z jasnym wynikiem:
- Audyt: sprawdzam, co nie działa (strona, treści, SEO, newsletter) i daję listę napraw.
- Plan: układam strategię na 30 do 90 dni, z priorytetami i tematami.
- Wdrożenie: robię razem z klientem lub za niego, krok po kroku.
- Mentoring: regularne spotkania, kontrola, tempo, korekty.
Na start trzymam prosty cennik w dwóch poziomach, bez kombinowania:
- Pakiet podstawowy: audyt + plan działań + jedno spotkanie podsumowujące.
- Pakiet rozszerzony: audyt + plan + wdrożenie wybranych elementów + 2 do 4 spotkań mentoringowych.
Pierwszych klientów biorę z miejsc, które już mam pod ręką. Dokładam na blogu stronę „Współpraca” z opisem usługi, dla kogo jest, jak wygląda proces i jak się zgłosić. Pokazuję też 1 do 2 case study, nawet małe, byle konkretne (problem, działania, efekt). Na końcu daję prosty formularz zgłoszeń, zamiast „napisz maila”.
Produkt cyfrowy, który sprzedaje się z bloga: ebook, mini kurs, szablony!
Produkt cyfrowy lubię za to, że sprzedaje się wiele razy, a ja nie muszę być na każdym callu. Tylko że pierwszy produkt ma być mały i celny. Jedno zadanie, jeden efekt, jedna obietnica.
Wybór robię tak: biorę temat, który już ściąga ruch i ma pytania w komentarzach lub mailach. Potem sprawdzam, czy da się to zamknąć w format, który ktoś wdroży w weekend. Najczęściej wygrywają szablony i mini ebooki, bo dają szybki wynik.
Mój prosty proces walidacji:
- Robię krótką ankietę w newsletterze (jedno pytanie o największą blokadę).
- Umawiam 10 krótkich rozmów z czytelnikami, nawet po 15 minut.
- Piszę spis treści i pokazuję go kilku osobom, pytam: „co jest zbędne, czego brakuje?”.
- Wypuszczam wersję beta dla małej grupy, zbieram feedback i poprawiam.
Na stronie sprzedażowej pilnuję podstaw, bo to one sprzedają:
- Rezultat: co czytelnik będzie umiał lub miał po wdrożeniu.
- Dla kogo: jasno, komu to pasuje, a komu nie.
- Co jest w środku: moduły, rozdziały, szablony, bonusy.
- FAQ: obiekcje i odpowiedzi, krótko.
- Gwarancja: prosta, zrozumiała.
- Jasne CTA: jeden przycisk, jedna akcja.
Buduję prosty lejek: wpis blogowy, mail, oferta, bez skomplikowanych narzędzi.
Nie zaczynam od fajerwerków. Najpierw działa prostota, bo ona pozwala mi poprawiać po drodze. Wybieram jeden temat, który ma popyt, i buduję do niego mini ścieżkę.
Przykład na temat: „jak zacząć newsletter”:
- Wpis blogowy: poradnik startowy, plus konkretne błędy i przykłady.
- Lead magnet: checklista „Pierwszy newsletter w 60 minut”.
- Sekwencja maili (3 do 5): szybkie kroki, jedno zwycięstwo dziennie, a na końcu oferta.
- Oferta: konsultacja „Ustawiam newsletter i pierwszą sekwencję” albo mini produkt z szablonami maili.
Do mierzenia skuteczności nie potrzebuję doktoratu. Patrzę na dwie liczby i już wiem, czy to żyje:
- Procent zapisu na lead magnet (zapisy do wejść na stronę).
- Kliknięcia do oferty w mailach (CTR).
Jeśli zapisy są niskie, poprawiam obietnicę i widoczność formularza. Jeśli kliknięcia nie dowożą, oferta jest niejasna albo za mało dopasowana. I wtedy poprawiam, nie filozofuję.
Skaluję, automatyzuję i pilnuję liczb, żeby to był stabilny biznes online.
Jeśli blog ma być biznesem, to nie może być loterią. Ma rosnąć, nawet gdy mam gorszy tydzień, mniej energii i mniej czasu. Dlatego opieram wszystko na trzech rzeczach: proste metryki, regularne aktualizacje i plan 90 dni, który trzyma mnie w ryzach. Bez chaosu. Bez zrywania się co dwa dni do nowego pomysłu… i bez wypalenia.
Patrzę na kilka prostych metryk, które naprawdę mówią, czy blog rośnie.
Nie potrzebuję 40 wykresów. Potrzebuję kilku liczb, które mówią wprost: rośnie, stoi, albo spada. I wtedy działam, zamiast zgadywać.
Oto mój zestaw, który realnie prowadzi do decyzji:
- Ruch organiczny: czy Google dowozi coraz więcej wejść, tydzień do tygodnia i miesiąc do miesiąca.
- CTR: czy ludzie klikają mój wynik w wyszukiwarce, czy omijają go szerokim łukiem.
- Pozycje kluczowych artykułów: nie wszystkich, tylko tych, które mają zarabiać lub zbierać maile.
- Zapisy na newsletter: bo to jest mój kanał, który zostaje ze mną.
- Konwersja oferty: czy z wejść i maili robią się zapytania, sprzedaż, kliknięcia.
- Przychód na 1000 odsłon (jeśli zarabiam na afiliacji, reklamach lub mieszanym modelu): czy każda dodatkowa porcja ruchu ma sens finansowy.
- Źródła ruchu: organic, direct, social, referral, newsletter, bo to pokazuje, gdzie mam stabilność, a gdzie przypadek.
Raz w tygodniu robię rutynę, prosto: 30 minut i koniec. Sprawdzam liczby, zapisuję obserwacje, a potem wybieram 2 wnioski do wdrożenia (tylko dwa!). Na przykład: poprawiam tytuł i meta opis w 3 artykułach z niskim CTR, albo dokładam mocniejsze CTA do lead magnetu w topowym wpisie. Ruch bez decyzji to tylko liczba. Decyzje robią biznes.
Trzymam się zasady: jeśli nie wiem, co poprawić po spojrzeniu w dane, to patrzyłem nie tam, gdzie trzeba.
Aktualizuję najlepsze wpisy zamiast ciągle pisać nowe!
Nowe wpisy są fajne. Ale aktualizacje są szybkie. I często dają efekt bez pisania od zera, bo Google już zna stronę, a tekst ma historię.
Co aktualizuję najczęściej?
- Tytuły i nagłówki: żeby były jasne i obiecywały konkretny efekt.
- Sekcje FAQ: dopisuję odpowiedzi na realne pytania z wyszukiwarki i maili.
- Przykłady i mini case’y: bo w 2026 wygrywa czytelność i praktyka, nie teoria.
- Linkowanie wewnętrzne: podpinam nowe teksty pod stare, żeby wzmacniać filary.
- Grafiki: wymieniam na czytelniejsze, dopisuję opisy, poprawiam kontekst.
- Daty, źródła, aktualność: jeśli coś się zmieniło, nie udaję, że nie.
- Dopasowanie do intencji: jeśli fraza robi się bardziej „zakupowa”, dokładam porównanie, kryteria wyboru i konkretny next step.
Mam prosty cykl: co 8 tygodni przeglądam top 10 wpisów (ruch i potencjał). Jeśli widzę spadek, reaguję od razu. Jeśli widzę wzrost, dopycham temat, dokładam linki i mocniejsze CTA. To jest SEO w praktyce, a nie w teorii.
Plan 90 dni: od chaotycznego blogowania do przewidywalnego systemu publikacji!
Żeby nie odpłynąć, dzielę kwartał na trzy etapy. Każdy ma jeden cel, jasne zadania i prosty rytm.
Dni 1-30, fundament
- Wybieram niszę i zapisuję ją jednym zdaniem.
- Ustalam 3 filary treści.
- Publikuję 4 wpisy, po jednym na filar i jeden „łączący”.
Dni 31-60, wzrost
- Publikuję 6 wpisów pod SEO, z jasnym CTA.
- Tworzę lead magnet pod główny problem czytelnika.
- Ustawiam 5 maili w sekwencji, bez kombinowania.
Dni 61-90, monetyzacja
- Składam ofertę (usługa, konsultacja, produkt).
- Stawiam 1 landing page, prosty i konkretny.
- Piszę 2 wpisy sprzedażowe (pomocne, ale z jasnym kierunkiem).
- Dopinam 1 współpracę albo partnerstwo afiliacyjne, jeśli pasuje.
Żeby to działało bez spiny, pracuję w systemie: 2 bloki tygodniowo (jeden na treści, drugi na poprawki i dystrybucję). Do tego mam szablon briefu artykułu: fraza, intencja, nagłówki, przykłady, CTA, FAQ. I lista powtarzalnych rzeczy do automatyzacji: publikacja, podstawowe formatowanie, przypomnienia o aktualizacjach, raport tygodniowy. Mniej tarcia, więcej dowożenia.
Mały blog nie musi być hobby. Ja robię z niego biznes, bo trzymam się podstaw i nie uciekam w chaos. Najpierw wybieram niszę, która ma popyt i daje mi jasną obietnicę. Potem piszę treści pod intencję, informacyjne na start, porównawcze i zakupowe, gdy czytelnik jest bliżej decyzji. Równolegle zbieram maile od pierwszego dnia, bo to mój kanał, nie „czyjś” algorytm.
Następnie składam pierwszą ofertę, prostą, konkretną, z jednym efektem. I tu jest sedno: bez liczb błądzę. Dlatego mierzę ruch, zapisy, kliknięcia do oferty, a potem aktualizuję najlepsze wpisy zamiast gonić za nowymi tematami. Ten rytm buduje przewidywalność.
5 kroków na ten tydzień:
- Zapisz jedno zdanie obietnicy bloga.
- Wybierz 3 filary treści i dopisz po 5 tematów.
- Opublikuj 1 tekst pod konkretną frazę z Google.
- Dodaj prosty lead magnet i formularz zapisu.
- Ustal jedną ofertę (konsultacja, audyt, szablon) i opisz ją na stronie.
Jeśli chcesz, zrób dziś punkt 1 i 3, resztę dopniesz w ruchu. Dzięki, że czytasz, napisz w komentarzu, na czym stoisz teraz i co blokuje Cię najbardziej.